muzykowanie z dziećmi

#20 Muzykowanie z dzieckiem – jak i dlaczego? Rozmowa z Martyną Bulzak

My, rodzice, jesteśmy wprost bombardowani różnymi pomysłami na aktywność z dzieckiem i to właściwie od pierwszych miesięcy jego życia. Muzykowanie, języki, sensoplastyka, zajęcia plastyczne, a potem robotyka, programowanie itd. Dlaczego w tym wszystkim warto postawić na muzykę? Jak rozpocząć swoje muzykowanie z dzieckiem? Na te i wiele innych pytań odpowie Wam Martyna Bulzak – absolwentka Akademii Muzycznej w Krakowie w klasie skrzypiec, członkini kwartetu smyczkowego – Kwartet Galicyjski, pedagożka i podwójna mama. Na co dzień możecie ją spotkać na Instagramie, gdzie prowadzi konto pełne muzyki i dobrej zabawy dla dzieci oraz rodziców – Dom Pełen Dźwięków. A jeśli chcecie ją poznać bliżej, to zapraszamy na jej zajęcia umuzykalniające dla dzieci – te stacjonarne w Nowym Sączu i te online dostępne dla każdego.

A na koniec bonus przygotowany przez Martynę – lista wartościowych utworów dla dzieci!

Na dole wpisu znajdziecie także transkrypcję naszej rozmowy.

W tym odcinku

  • Kim jest nasz gość?
  • Dlaczego warto muzykować z dzieckiem/rodzinnie?
  • Kiedy zacząć muzykowanie?
  • Czy trzeba mieć słuch/głos, by wprowadzać muzykę w domu?
  • Jak wplatać muzykę w codzienność?
  • Czy każde dziecko ma w sobie muzykę?
  • Wychowanie bez muzyki to „gorsze” wychowanie?
  • Czy potrzebne są zajęcia umuzykalniające?
  • Czym jest wartościowa muzyka i dlaczego warto ją wybierać?

Lista wartościowych utworów dla dzieci

Przydatne linki

  1. Dom Pełen Dźwiękówna Instagramie.
  2. Dom Pełen Dźwięków na Facebooku.
  3. Kwartet Galicyjski
  4. Pomelody– wartościowa muzyka dla dzieci
  5. Recenzja aplikacji Pomelody – Ptasie Opowieści
  6. Tańczące kartofelki– na własną odpowiedzialność! 😉

Nasz podcast możesz słuchać poprzez YouTube, Spotify lub ulubioną aplikację do podcastów.

Pamiętaj o subskrypcji naszego podcastu. Możesz to zrobić poprzez:

  1. YouTube
  2. iTunes
  3. Spotify

Opinia iTunes

Jeśli podoba Ci się nasz podcast, to pokaż to! Zostaw swoją opinię w aplikacji iTunes. Zajmie Ci to
chwilę, a nam przyniesie dużo szczęścia 🙂 Poza tym dzięki temu będziemy bardziej widoczne.
Dotrzemy do większej liczby rodziców, a nasze gniazdko będzie się rozrastało!
Jak to zrobić?

  1. Zainstaluj aplikację iTunes.
  2. Wyszukaj nasz podcast: Ptasie Opowieści i przyznaj nam gwiazdki. Kilka ciepłych słów
    też nam się przyda:)

Zapraszamy do komentowania odcinka.
Będzie nam miło, jeśli udostępnisz ten wpis na swoim facebooku. Oczywiście zachęcamy Cię do śledzenia nas na FB i Instagramie.

Transkrypcja

Agata: Cześć! Witam Was w kolejnym odcinku Ptasich Opowieści. Nie odbyło się bez małych problemów technicznych, ale jesteśmy teraz w trójkę. Jest dzisiaj z nami Martyna, którą poznałam, oj nie wiem, kiedy… Z jakieś dwa lata temu zobaczyłam Twój komentarz, Martyno, u kogoś innego. Jak zobaczyłam Dom Pełen Dźwięków od razu pomyślałam: „Muszę tam wejść! Może tam coś będzie na temat muzyki”. I tak z Tobą zostałam. Jestem Twoją wierną fanką i cieszę się, że dzisiaj możemy porozmawiać na temat umuzykalniania dzieci i muzyce w życiu rodzinnym.

Żeby zacząć jakoś tak prawilnie, czy możesz się przedstawić, Martyno?

Martyna: Oczywiście! Jest mi niezwykle miło, że jestem tutaj z Wami, że Internet stwarza takie możliwości, żeby móc się poznawać. Nazywam się Martyna Bulzak, jestem absolwentką Akademii Muzycznej w Krakowie na Wydziale Instrumentalnym. Oprócz tego jestem nauczycielem skrzypiec Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia w Gorlicach, a także od dwa i pół roku prowadzę swój projekt, pod nazwą Dom Pełen Dźwięków. To jest mój osobny pomysł, troszeczkę odbiegający od kierunku studiów, które kończyłam. Tutaj motorem czy czynnikiem zapalnym była moja córka, która pojawiła się na świecie. Jestem również skrzypaczką w Kwartecie Galicyjskim oraz w różnych projektach orkiestrowych. Najsilniejszym projektem, z którym najwięcej mam do czynienia, jest orkiestra o nazwie Sinfonia Carpathia.

Ania: Bardzo tego dużo! Można naprawdę się zawstydzić troszkę.

Agata: Tak, wiedząc, że masz jeszcze dwójkę dzieci. Kiedy czas na to wszystko?

Martyna: Zazwyczaj zaczynam od tego, że jestem mamą dwójki dzieci i żoną, bo te obowiązki są u mnie na pierwszym miejscu. Aktualnie jestem na urlopie macierzyńskim. Mój synek ma skończone jedenaście miesięcy. Wczoraj właśnie skończył jedenaście miesięcy.

Agata: Martyno, powiedz mi jak to było. Czy idąc na akademię muzyczną, wiedziałaś, że będziesz chciała pracować z dziećmi? W Domu Pełnym Dźwięków to są dwu- czterolatki, dobrze kojarzę?

Martyna: Nawet niemowlaki.

Agata: Nawet niemowlaki. Czy to się pojawiło dopiero, kiedy zostałaś matką i chciałaś muzycznie wejść w macierzyństwo razem ze swoją córką?

Martyna: To było tak, że weszłam w muzykę mając sześć lat, taką muzykę w formie edukacji, i cały czas poddawałam się temu co się dzieje na bieżąco. Nie zastanawiałam się konkretnie nad moją przyszłością, co będę robić. Nawet wybierając studia na akademii muzycznej, był to jeden z pomysłów na siebie, który gdzieś tam chciałam zrealizować. Jako że tych pomysłów było dużo, a muzyka była integralną częścią mojego życia, postanowiłam iść w tym kierunku, rozwinąć to, co już potrafię, a potem się zastanawiać co dalej z tego wyniknie. Nie wiedziałam, czy będę pedagogiem, czy będę muzykiem orkiestrowym, czy będę robić jeszcze coś innego. Stwierdziłam, że zacznę robić to, co robię dobrze, starać się to robić jak najlepiej na tyle na ile jestem w stanie, a potem na pewno jakiś pomysł na siebie się zrodzi. I tak też właśnie było. Będąc na pierwszym roku studiów, związałam się z moim obecnym mężem. Wiedziałam, że na pewno nie chciałabym poświęcać swojego życia rodzinnego kosztem życia muzyka. A życie muzyka, takiego czynnego, orkiestrowego chociażby, jest bardzo wymagające, ponieważ gra w orkiestrze wiąże się z różnymi wyjazdami i z masą czasu poświęconą na przygotowanie materiału oraz na próby. Wiedziałam, że na pewno życie rodzinne postawię na pierwszym miejscu. I tego się trzymałam. Podczas dalszej drogi studiów, będąc na czwartym roku, wzięłam ślub. Ciąża z Różą to była ciąża, o której się dowiedziałam dzień po zagraniu mojego ostatniego egzaminu dyplomowego. Życie rodzinne cały czas się przeplatało z moim życiem naukowym i zawodowym. Zaczęłam pracować już na czwartym roku studiów w szkole muzycznej oraz w ognisku muzycznym. Dalej nie miałam pomysłu na zajęcia muzyczne dla dzieci. Będąc w ciąży, nie miałam totalnie żadnego pomysłu, że mogłabym kiedykolwiek to w życiu robić. Dopiero w momencie, jak się urodziła moja córka, jakiś czas później, zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego jaką moc ma muzyka. Będąc w ciąży, tworzyłam swoją pierwszą płytę razem z dziewczynami z Kwartetu Galicyjskiego. Później kontynuowałam nagrywanie płyty w momencie, kiedy Róża była małym dzidziusiem, dwumiesięcznym. I ta moc muzyki właśnie zaczęła do mnie jeszcze bardziej docierać. To jak ona się uspokaja przy dźwiękach muzyki, chociaż nie przy wszystkich dźwiękach. Akurat, jak na złość, dźwięk skrzypiec bardzo ją drażni…

(śmiech)

…pomimo tego, że się osłuchiwała z tym dźwiękiem w czasie, kiedy jeszcze przebywała w brzuchu. Było to dla mnie bardzo odkrywcze, pomimo tego, że z muzyką jestem na co dzień, odkąd pamiętam. Pomimo tego, że miałam wiedzę teoretyczną, doświadczyłam tego na własnej skórze oraz na skórze swojego pierwszego dziecka bardzo, bardzo silnie. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i w tym momencie pojawił się pomysł, że może by się właśnie tą wiedzą i tym doświadczeniem podzielić z innymi ludźmi. Zaczęłam zgłębiać temat, wszystko w zasadzie na własną rękę, ponieważ na akademii muzycznej, na tym kierunku, na którym się znajdowałam, nie mieliśmy tak szerokiej wiedzy na temat tego, jak muzyka oddziałuje na małe dzieci.

Agata: Podejrzewam, że podobnie jak Ania miała na germanistyce. Ania głównie miała skupienie na języku, ale pojawiały się też zajęcia pedagogiczne na wypadek, gdyby ktoś chciał zostać nauczycielem. Pewnie u Ciebie było tak samo. Głównie była muzyka i jakieś elementy pedagogiki, dydaktyka…

Martyna: Mam zrobione studium pedagogiczne.

Agata: Aa, OK.

Martyna: Więc przygotowanie pedagogiczne jest. Natomiast to przygotowanie pedagogiczne było pod kątem dzieci, które mogę później uczyć grać na skrzypcach. Głównie było kierowane do dzieci powyżej szóstego roku życia. Takie dzieci, które wchodzą w formalną edukację. Wtedy też miałam bardzo chłonny umysł, na tym etapie, kiedy pojawiła się Róża, ponieważ zależało mi na tym żeby zanurzyć ją w muzyce, natomiast, żeby nie robić tego na sposób konwencjonalny, tzn. nie wyobrażałam sobie nawet tego, żeby siąść przed sześciomiesięcznym dzieckiem, popatrzyć mu w oczy i tłumaczyć muzykę.

(śmiech)

Zastanawiałam się, w jaki sposób to zrobić, żeby ona muzykę rozumiała, umiała, chciała w niej być i jakimi metodami do niej dotrzeć. Później zdałam sobie sprawę, że to jest dużo łatwiejsze niż mi się wydaje. Osoby, rodzice, którzy mają dzieci, którzy się zastanawiają, w jaki sposób dotrzeć do dzieci, żeby chciały muzykować, żeby nauczyły się muzyki, jakich metod użyć i mają cały plan w głowie, który wydaje im się niemożliwy do zrealizowania – też byłam takim rodzicem. Pomimo mojej edukacji muzycznej, pomimo przekonania, że sama mam umiejętności muzyczne, byłam w rozterce. Nie wiedziałam, jak dotrzeć do mojego malucha. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że muszę wrócić do źródła, muszę „stać się” dzieckiem, ponieważ to moja córka jest moim najlepszym nauczycielem w tym momencie. To ona ma większy potencjał muzyczny w tej chwili…

Agata: Wchodzę Ci w słowo, bo tak sobie właśnie pomyślałam, że jak sobie przypomnę o mojej edukacji muzycznej, to mam wrażenie, że ona zepsuła we mnie dziecko. To co mówisz, że Ty się uczyłaś od Róży i ja w którymś momencie zaczęłam się uczyć od swoich dzieci spokoju… Można włączyć sobie jakąkolwiek piosenkę, np. „Tańczące kartofelki”. Możesz machać rękami, jak chcesz, możesz kręcić pupą, jak chcesz, możesz cokolwiek chcesz co ci sprawia w muzyce przyjemność, i że nie trzeba myśleć o prawidłowych postawach. Można dotknąć jakiegokolwiek instrumentu jeżeli się go ma – i nie myśleć o tym, jak prawidłowo trzymać ręce, czy jak wydawać dźwięki, tylko można się tym najzwyczajniej w świecie cieszyć. Tak samo ze śpiewaniem. U nas hitem są piosenki o robieniu jabłek w cieście, bo akurat robimy sobie jabłka w cieście i sobie o tym śpiewamy. To jest coś takiego, co bardzo kojarzy mi się z Tobą. Może kolejne pytanie zada Ania, bo to jest jej pytanie.

Ania: Chciałam powiedzieć, do tego wszystkiego o czym mówicie, bo macie wykształcenie muzyczne, a ja nie mam i co więcej uważam, że słoń nadepnął mi na ucho, że czegoś takiego nie miałam, tzn. jak śpiewałam dziecku kołysankę to się nie zastanawiałam czy fałszuję czy nie fałszuję, czy to jest odpowiednia kołysanka, czy rozwijam mu tym mózg, czy nie rozwijam. Dla mnie kołysanka miała na celu to, żeby pomóc dziecku usnąć. Jak tańczyliśmy to po to żeby się powygłupiać, a nie przeczesywałam Internet w poszukiwaniu tego, że można wybić rytm inaczej, albo nauczyć go czegoś, czego sama nie potrafię nazwać. Myślę, że rzeczywiście Wasze wykształcenie muzyczne może sprawiać, że bardziej przykuwacie do tego uwagę, bo ja tak mam, jeżeli chodzi o naukę czy zabawy językowe z dziećmi. Jestem z wykształcenia germanistką i to sprawia, że bardzo analizuję to czy dobrze mówię, czytam o tym jak dziecko uczyć języków itd., itd. Przechodząc do meritum, są różne aktywności, np. prace plastyczne, aktywności ruchowe itd. Mam poczucie, że jesteśmy bombardowani pomysłami na aktywność dla dzieci. Zarówno w Internecie, jaki i wysyp szkółek – tu gordonki, tu sensoplasytka. Moje pytanie, takie wprost: jak nie zwariować w tym wszystkim i dlaczego akurat, wśród tych wszystkich aktywności, warto zdecydować się na muzykę?

Martyna: Myślę, że musimy się skoncentrować na tym, jaki jest główny cel tych zajęć. Zajęcia sensoryczne mają za zadanie wspieranie dzieci w poznawaniu świata za pomocą zmysłów. Zajęciem sensorycznym jest również muzyka, ponieważ muzykę odbieramy za pomocą zmysłu słuchu. Zajęcia motoryczne mają pomóc dzieciom, które już się ruszają, rozwijać obszar motoryczny. To wszystko dąży do tego, aby pomóc dzieciom na późniejszych etapach być świadomym swoich umiejętności. Być świadomym możliwości, które stwarza ciało. Otwierać mózg na doświadczenia, które przychodzą później, czy to w okresie szkolnym, czy nawet w wieku dorosłym.

Wykorzystujemy tutaj okres w życiu dziecka nazwany ‘sensytywnym’, czyli okres wrażliwości, ponieważ umysł dziecka – najogólniej mówiąc – najbardziej się wtedy na to otwiera, najbardziej jest podatny. Mnogość tych zajęć stwarza rodzicom możliwość, żeby coś z tego sobie wybrać, tzn. mogę wybrać sensoplastykę, bo akurat np. nie czuję się na siłach, żeby bawić się z dzieckiem w jakieś ciecze w domu, tylko idę na takie zajęcia i tam się pobawię. Stwarzam sobie możliwość uczestnictwa w zajęciach tanecznych, ponieważ moje dziecko dużo się rusza w domu, nie mam innej możliwości, żeby stworzyć dziecku możliwość ruchu, więc idę na zajęcia taneczne. Nie czuję się mocna w zajęciach muzycznych, twierdzę, że nie mam słuchu, więc idę z dzieckiem na zajęcia muzyczne.

Natomiast tutaj zmienię troszeczkę myślenie. Nie trzeba z dzieckiem uczestniczyć w żadnym z tych zajęć. Nie trzeba chodzić na sensoplastykę, nie trzeba chodzić na zajęcia taneczne, nie trzeba chodzić na żadne z tych zajęć, nawet na zajęcia muzyczne. I to również podkreślam rodzicom, którzy przychodzą do mnie na zajęcia. Chodzi o to, że takie zajęcia, jeżeli już rodzice wybierają je, jeżeli decydują się na nie, one mają być inspiracją do tego, jak się bawić z dzieckiem w domu. Rodzic np. nie ma pomysłu na to jak może przerabiać z dzieckiem „materiał muzyczny”, że tak to nazwę górnolotnie, idzie na takie zajęcia i widzi, że to w zasadzie nie jest trudne. Tutaj zaśpiewamy jakąś piosenkę, tutaj stworzymy jakiś instrument chociażby z własnego ciała albo z pudeł kartonowych, tutaj mamy, np. jakieś pam pam pam i to wcale nie znaczy, że muszą być jakieś słowa, ale nawet czasami lepiej jak ich nie ma. Rodzicom otwiera się głowa, że to wcale nie jest trudne.

Jestem przykładem takiego rodzica, którego dziecko nie chodzi na żadne zajęcia, które wymieniłyście. Czy to znaczy, że jestem gorszym rodzicem, albo że moje dziecko ma gorszy start? Absolutnie nie! Muzykę możemy np. doświadczać w domu, poprzez tworzenie jej, poprzez wydawanie dźwięków z różnych przedmiotów, przez śpiewanie czyli to co Agata mówiłaś o śpiewaniu o najróżniejszych normalnych rzeczach, które się zdarzają w domu. Możemy sensoplastykę zrobić sobie w domu, chociażby w czasie spożywania posiłku. Możemy iść z dzieckiem do lasu i zrobić sobie multisensoryczne zajęcia, tzn. jednocześnie dotykać szyszek i słuchać szumu lasu. To jest w ogóle najlepsza opcja, moim zdaniem, jeśli takie zajęcia sensoryczne odbywają się w naturalnym dla dziecka środowisku. Przewagą takich zajęć sensorycznych, muzycznych czy jakichkolwiek innych czy może nie przewagą, ale dodatkową zaletą jest to, że dzieci spotykają się ze sobą, ale też często spotykają się rodzice. Tworzymy grupę dzieci, które nawzajem próbują się komunikować, znajdują się w jednym pomieszczeniu, nabierają nowych doświadczeń, ale to nie jest konieczność, żeby w takich zajęciach uczestniczyć.

Ania: Ze swoim pierwszym dzieckiem, bo wtedy miałam więcej czasu, chodziłam na różnego rodzaju zajęcia. Rzeczywiście coś naśladowałam potem w domu, gdzieś tam się uczyłam… Nie chcę oczywiście deprecjonować takich zajęć, bo właściwie ktoś mi coś tam pokazał, ktoś opracował itd. Natomiast rzeczywiście tam nie działo się nie wiadomo co. Tam nie wchodziła wiolonczelistka, fortepian i muzyka na żywo, bo to nie jest dostosowane do dzieci. Dla mnie niesamowitą siłą było to, że poznawałam mamy. Mogłyśmy porozmawiać, wymienić doświadczenia: „jakie buciki kupujesz dla dziecka?”, „czy wiesz coś na temat tego a tego?”. Pod takim kątem też brałam z zajęć dużo dla siebie.

Martyna: Tak, to jest też fajne, że często takie zajęcia mają dosyć luźne ramy, jeśli chodzi o ograniczenia wiekowe mówię pod kątem dzieci. Również sama korzystam z tego, że się spotykam z innymi mamami. Jestem w roli prowadzącej podczas zajęć, a potem jestem jedną z kobiet, które tam przychodzą, czy jedną z rodziców, bo nie tylko mamy przychodzą na zajęcia, lecz także tatusiowie. Dla mnie to też jest ogromna radość, że tworzymy fajną społeczność, bardzo luźną, wszyscy jesteśmy ze sobą na „Ty”, bo takie jest założenie naszych zajęć. Możemy się powymieniać doświadczeniem nie tylko muzycznym, lecz także zapytać każdego o różne rzeczy.

Jeżeli chodzi o same dzieci to, np. są niemowlaczki i są dzieci, które mają cztery lata. To jest też super, że dzieci spotykając się ze sobą, a nie mając, np. doświadczenia w rodzeństwie czy kuzynostwie takiego na co dzień, mają do czynienia starsze z młodszymi, więc rozwijają swoją potrzebę zaopiekowania się kimś. To naprawdę doskonale widać na zajęciach, kiedy młodszemu dziecku wypada instrument z ręki, a starsze podchodzi i chce mu pomóc podać instrument. Ale też odwrotnie, młodsze dziecko, które widzi, jak starsze dzieci klaszczą, tupią obserwuje i zaczyna samo naśladować. To jest fajne, że dzieci uczą się nawzajem od siebie.

Doceniam i naprawdę jestem dumna z moich kursowiczów i tutaj mówię o rodzicach. Jestem z nich dumna, jeśli np. przestają uczęszczać na zajęcia, bo mówią, że czują się silni w tym, żeby to zrobić w domu. Jestem z nimi w stałym kontakcie, bo mamy grupę, na której się komunikujemy. Takie jest też założenie moich zajęć przyjdźcie, poczujcie się pewnie, zainspirujcie się i działajcie potem w domu.

Agata: To tak jakbyś nie edukowała dzieci tylko rodziców, żeby potem oni mogli już opiekować się swoimi dziećmi. Podsumowując. Odpowiedź na pytanie: jak nie zwariować? zobaczyć, że dużo rzeczy można robić samemu. Tak jak mówiłaś o lesie wychodząc na spacer, że to nie musi być jakiś magiczny, specjalny czas, tylko zwykła codzienność. Dlaczego muzyka? To nie musi być muzyka to trzeba zobaczyć, co jest dobre dla naszej rodziny…

Ania: Przy czym mam też poczucie, tak całkiem podsumowując, że nie da się wychować dziecka całkiem bez muzyki, bo ona nas otacza.

Martyna: Tak, jak najbardziej się zgadzam. Lubię porównywać muzykę do komunikacji, do komunikacji takiej werbalnej. Nie możemy powiedzieć dziecku, że wychowamy go bez mówienia do niego, bo nie zakładamy, że dziecko nie nauczy się mówić. Tak samo jest z muzyką. Muzyka to jest komunikacja. Za pomocą dźwięków komunikujemy się ze światem to jest punkt odniesienia. Przyjmujemy sygnały, które dochodzą do nas z otoczenia jak szum lasu, dźwięk samochodów przejeżdżających przez ulicę, śpiew paktów itd. Z wiekiem nie tylko rozumiemy te zjawiska, ale zaczynamy, za pomocą własnego ciała i za pomocą własnych możliwości komunikacji za pomocą głosu, porozumiewać się ze światem. Tak jak mówisz, Aniu, nie da się dziecka wychować bez muzyki, ponieważ ona jest stale i cały czas obecna w naszym życiu.

Agata: O właśnie! Teraz mi się przypomniało jedne Twoje InstaStory jak pokazywałaś, nie pamiętam jak to się nazywa, to takie klepanie po różnych częściach swojego ciała i wydawanie dźwięków.

Martyna: Body percussion.

Agata: Dokładnie tak. Mówiłaś, że to jest bardzo fajne jak chodzi o taką świadomość swojego ciała. Chciałam do tego właśnie nawiązać, że może warto czasami pomyśleć o muzyce, jak o takim wyjściu do innych rzeczy, czyli do akceptacji siebie, swobody ruchu. Taka prosta rzecz kiedyś pandemia się skończy i wrócą wesela, spotkania rodzinne, na których się tańczy. A taniec, to jest dla mnie przynajmniej, nic innego jak pokazywanie muzyki swoim ciałem. Mam wrażenie, że jak nabiera się w tym wszystkim swobody, to troszkę łatwiej jest w życiu.

Kojarzą mi się koncerty w szkole muzycznej, gdy trzeba było wchodzić na scenę i grać. Oczywiście nie umiałam tego przejść i to był mój główny problem, a tam się nad tym nie pracowało. Było: audycja muzyczna i idziesz. Koniec. Ale jak idzie się w rytmie zajęć jakie Ty pokazujesz, Martyno, że dzieci są swobodne i podtrzymuje się ich swobodę, a nie dusi to wydaje mi się, że potem łatwiej jest pokazywać siebie, wyjść do ludzi, albo coś zaprezentować sobą, bo w tym się cały czas żyło.

Martyna: Dzieci reagują na muzykę w najróżniejszy sposób, czy to poprzez ruch, bo słyszą jakieś dźwięki i zaczynają tańczyć, czy to poprzez naśladowanie tych dźwięków, próbę ich odtworzenia na swój dziecięcy sposób. Tę swobodę trzeba podtrzymywać i trzeba się jej uczyć od dzieci. Dzieci nie mają żadnych kompleksów one przychodzą później. Dzieci, które są swobodne, potrafią autentycznie cieszyć się muzyką, zostają potem wepchnięte w pewne ramy. Tak jak Agata mówiłaś – są audycje szkolne, koncerty, na których trzeba się jakoś zachować. Rzadko się widzi, żeby w filharmonii ktoś zaczął tańczyć, wyszedł na scenę i gdzieś tam pląsał pomiędzy muzykami. Wręcz gdyby ktoś tak zaczął robić, to zostałby natychmiast usunięty. Trzeba zachować pewną równowagę, tzn. jest z jednej strony szacunek dla dzieci, ale i szacunek dla twórczości. Jest też tak oczywiście, że w jednych miejscach zachowujemy się tak, a nie inaczej.

Należy stworzyć przestrzeń do tego, żeby dziecko mogło swobodnie, na różnych etapach swojego dorastania, na muzykę reagować. Potem, choćby na weselach, są osoby, które siedzą przy stoliku i nie chcą zatańczyć, ponieważ się wstydzą, nie czują się w tym dobrze. Pytanie: dlaczego? na którym etapie to się zaczęło? dlaczego przejmują się tym, że ktoś może ich w jakiś sposób ocenić, że tańczą tak, a nie inaczej? Nie ma tańczenia dobrego i złego, nie ma wykonywania muzyki dobrego i złego. Musimy się nauczyć izolować od opinii innych, na wszystkich szczeblach naszego życia, nie tylko tych muzycznych.

Agata: Powiedz mi, czy jest coś takiego, że dziecko może nie mieć w sobie muzyki? Cały czas mówimy o tym, że to jest naturalne, że to jest sposób komunikacji, więc wydaje mi się, że naturalnie dzieci to w sobie mają. Jednak potem jest coś takiego, że nie wszystkie dzieci nie każdą aktywność lubią. Czy zachęcać dziecko „spróbuj potańczyć, spróbuj”, czy uznać, że to może…

Ania: …nie jest jego aktywność.

Agata: Tak, dokładnie.

Martyna: Musimy uszanować decyzję dziecka. Jeśli czegoś nie lubi, to tego nie robimy. Bardzo mało jest dzieci takich, już tak uogólniam, do drugiego roku życia, nielubiących muzyki. Jeśli jest maluch, który słyszy muzykę i zatyka uszy, to warto się temu przyjrzeć – czy muzyka nie jest za głośno, czy mu nie przeszkadza, czy nie ma jakiejś nadwrażliwości.

Natomiast jeśli muzyki jest załóżmy dużo i jeśli maluch nie chce tańczyć w danym momencie, bo np. ma dwa lata i nie chce tańczyć, nie chce się ubrać, nie chce różnych rzeczy, to musimy to jak najbardziej uszanować. Jak maluch nie ma ochoty na zajęcia muzyczne to też musimy to uszanować.

Takim przykładem jest moja córka, która aktualnie ma trzy lata z hakiem – i nie chce uczestniczyć w moich zajęciach muzycznych, co wcześniej robiła bardzo chętnie. Czy mam z tym problem? Absolutnie nie mam. Ona muzyki doświadcza na co dzień w domu i nie uważam, że będzie w jakiś sposób gorsza, jeśli nie uczestniczy w moich zajęciach muzycznych, szczególnie że te zajęcia to jest przeniesienie tego, co się u nas dzieje w domu i co u nas się dzieje w zasadzie przy okazji. Nie ma takiego momentu w ciągu dnia, kiedy mówię: „dzieci siadamy i uprawiamy teraz muzykę”. Ona się dzieje, tak jak u Agaty, chociażby podczas smażenia naleśników.

Agata: U nas jest tak, że pojawia się moment: „teraz siadamy i jest czas na muzykę”. Moja starsza córka chodzi na skrzypce i muszę powiedzieć, że to jest ciekawe obserwowanie, jak trzyletnie dziecko uczy się trzymać skrzypce. Zaczęłam o szkole muzycznej myśleć w momencie, kiedy Martyna zaczęła mówić o audycjach muzycznych i o tym, że w pewnych miejscach trzeba się zachować w określony sposób. To jest szkoła prowadzona metodą Suzuki i główny nacisk położony jest na swobodę. Oczywiście jest tak, że dziecko się uczy od początku, każde ma swój dywanik, na którym są narysowane stópki, jak ułożyć do grania. Jak przychodzą to najpierw się kłaniają, mają piosenkę do tego kłaniania, potem ustawiają się do grania i czekają na znak, żeby zacząć grać, ale to jest bardzo takie w zgodzie z dzieckiem.

Pani Małgosia, która uczy moją córkę, zachęca ją do tego, żeby grała, ale w momencie, kiedy ona powie: „nie” i idzie się położyć na kanapie, to idzie się położyć na kanapie. Wtedy mój mąż bierze skrzypce, żeby pouczyć się jak grać i np. w którymś momencie córka podchodzi i też chce. Jest inaczej niż w formalnych szkołach muzycznych. Jak maluszki, takie najmniejsze, mają koncerty, to to nigdy nie jest jedno dziecko, tylko cała klasa. Oni robią dokładnie ten sam materiał, każde dziecko w tej szkole. Mieliśmy bardzo duży koncert, na który nie mogła przyjść publiczność z powodu obostrzeń, więc na widowni były misie, co też było przyjemne – każde dziecko mogło przynieść kogoś dla siebie. Poza tym np. nasza córka po pierwszym zagraniu powiedziała, że chce zejść ze sceny i OK – chcesz zejść, możesz zejść. Nie ma przymusu, jest dużo zachęty. Dziecko w danym momencie nie chce, to OK, to poczekaj.

Nawet jak siadamy żeby z nią poćwiczyć, codziennie czy co drugi dzień, to pierwsza i podstawowa zasada jest zasada dobrostanu, czyli że wszyscy jesteśmy najedzeni, wyspani, mamy energię. Jeżeli mamy gorszy humor, nie chce nam się czy coś takiego, to nie. Wtedy się po prostu nie rusza skrzypiec, bo to ma być przyjemność.

Martyna: To jest właśnie super, że z jednej strony jest szacunek, o którym mówiłam wcześniej, czyli jest pewna formalizacja, ale taka przyjemna. Dziecko przychodzi, kłania się i czuje, że to co robi jest ważne. Bo o to tutaj chodzi, że jak mamy koncerty w filharmonii, czy mamy koncerty w innych miejscach, takich formalnych, my jako widz też odnosimy się z szacunkiem do tego, co muzycy wykonują. Czyli jest z jednej strony przeżywanie muzyki, a z drugiej strony jest to, że dajemy przestrzeń muzykom na to, żeby oni mogli w odpowiednich warunkach muzykę odtworzyć. Natomiast takie dzieci jak Twoja córka, jak moja córka, czy masa innych dzieci, muszą dorosnąć do pewnych zachowań i do pewnych emocji.

Dzieci malutkie, tak samo jak duże, czy jak dorośli, odczuwają emocje. To jest integralna część nas samych. Pytanie, jak sobie z tymi emocjami później radzimy i jak przeżywamy je w odpowiednim kontekście.

Tutaj przytoczę historię, której sama doświadczyłam. Miało to miejsce w Szczecinie, półtora roku temu. Byłam razem z dziewczynami z Kwartetu Galicyjskiego na wydarzeniu, które się odbywało w budynku Filharmonii Szczecińskiej. To był Turniej Muzyków Prawdziwych. Przyjechali muzycy uprawiający muzykę ludową, szeroko pojętą. Podczas turnieju, kiedy muzycy prezentowali swoje interpretacje muzyki ludowej, była jedna kobieta, tak na oko czterdziestoletnia, która w trakcie tych wykonań tańczyła. Co prawda nie tańczyła pomiędzy muzykami, ani nie tak, że oni ją widzieli, tylko była gdzieś z boku. Miała na tyle przestrzeni, że mogła to robić. I tańczyła. I tańczyła w rozmaity sposób, po swojemu – to nie były żadne konkretne kroki. Przeżywała muzykę własnym ciałem. Byli ludzie, którzy mogliby pomyśleć, że jakaś dziwaczka, że to jakaś osoba, która nie potrafi się odnaleźć w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i w ogóle nie szanuje tego, co robią muzycy. Byli też ludzie, którzy pomyśleli: „Super! to jest właśnie to o co nam chodzi”. Ona przeżywa muzykę korzeni, czyli muzykę ludową, czyli wychodzącą też oddolnie, nie idealną, rzuconą w konkretne ramy. Przeżywa ją po swojemu i daje przykład, że można to robić w ten sposób i to jest naprawdę świetne. Siedziałam, patrzyłam na nią i stwierdziłam: „Kurczę, fajne to jest! Nie potrafię tak zrobić”. Nie mogłabym w czasie takiego wydarzenia widząc, że nikt inny nie tańczy, sama zacząć tańczyć. Jestem skażona w pewien sposób opinią publiczną. Stwierdziłabym, że ludzie mogą o mnie pomyśleć różne dziwne rzeczy. A patrzyłam na tę kobietę z naprawdę ogromnym szacunkiem, ponieważ ona miała radość z tego, co przeżywała.

Ania: Takie pytanie, jako osoby z muzyką, przynajmniej taką zawodową czy taką nazwijmy to ustrukturyzowaną, niezwiązanej: Czy jako rodzic muszę mieć słuch, głos, by muzykować z dzieckiem? Są takie piosenki, przy których wiem, że fałszuję, albo nie wiem tego, ale mój maż, który na mnie patrzy, ma taką minę, że wtedy wiem, że fałszuję. Czy mogę nauczyć dziecko fałszować, nauczyć dziecko źle muzyki, czy to nie ma znaczenia?

Martyna: Odwrócę Twoje pytanie i zapytam się Ciebie: Czy jak bym chciała nauczyć swoje dziecko mówić po niemiecku, nie znając dobrze tego języka, nie mając poprawnego akcentu, i zdając sobie z tego sprawę, czy powinnam do niego mówić, bo chcę, żeby ono rozwijało w sobie ten potencjał?

(śmiech)

Ania: WOW! Teraz ja jestem przepytywana. Jeżeli chcesz nauczyć dziecko dobrze języka obcego i jeżeli bazujesz tylko na sobie, to jeżeli nie znasz dobrze języka, jeżeli twój akcent nie jest poprawny – nie mówię, że jak native, tylko w jakiś sposób poprawny – no to tak, uczysz dziecko tego języka źle, z błędami gramatycznymi, ze złą wymową itd., itd. Natomiast jeżeli bazujesz na całej innej otoczce, np. jakichś multimedialnych pomocach naukowych, gdzie twoje dziecko ma do czynienia z właściwym akcentem, z właściwą strukturą gramatyczną, a ty jesteś jakimś dodatkiem, jednym z elementów – to myślę, że jak najbardziej w takim wypadku jesteś w stanie dobrze nauczyć dziecko języka. Tak samo z językiem angielskim. Nie jestem anglistką, ale gdzieś tam przemycam angielski i wiem, że mój akcent nie jest perfekcyjny, ale szukam też materiałów, w których te same zdania jakie mówię do dzieci, są odczytane przez native lub przez osobę z wykształceniem w tym kierunku. Tak samo też szukam pewnych fraz gdzie mam pewność, że są one gramatycznie w porządku zrobione. Myślę sobie, że jeżeli nie jestem tylko jedynym nauczycielem, to w takim wypadku ma to rację bytu, żeby uczyć dziecko.

Martyna: I to jest właśnie to o co chodzi w nauce muzyki. Muzyka jest komunikacją. Uznajmy, że jest jednym z języków, którymi się komunikujemy. Jako osoba, która nie znam języka niemieckiego a chcę, żeby moje dziecko rozwijało w sobie ten język, mówię do niego, staram się, ale oczywiście nie jestem jedynym źródłem, które dostarczam swojemu dziecku. Tak samo jest z muzyką. Musimy zacząć od tego, żeby mówić do dziecka, bo jesteśmy jego pierwszymi nauczycielami. Mówimy do niego językiem muzyki, śpiewamy, uwrażliwiamy na różne odgłosy, które pochodzą z zewnątrz, np. stukamy w stół i opisujemy to co się dzieje. Zachęcamy dziecko do tego, żeby samo wydawało dźwięki – ze stołu, z krzesła, garnka, czy z własnego ciała. Śpiewamy, chociaż fałszujemy – czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie.

Jestem doskonałym przykładem z mojego życia dziecięcego. Moi rodzice nie są muzykami, ani osobami, które śpiewają czysto, żeby nie powiedzieć wprost, że fałszują jak śpiewają. Natomiast śpiewali do mnie, komunikowaliśmy się tym językiem muzyki w czasie codziennych czynności. Puszczali mi różne piosenki, najróżniejsze. Były również piosenki disco polo – nie deprecjonuję ich tutaj, ponieważ też są pewnym źródłem informacji muzycznej dla dziecka. Stawiamy na różnorodność. Tak samo jak na różnorodność w diecie dziecka, dostarczamy mu różnych składników odżywczych, tak samo dostarczamy różnych składników odżywczych tych muzycznych.

Jeśli fałszujesz, jeżeli nie zajmujesz się profesjonalnie muzyką i myślisz, że możesz zrobić dziecku krzywdę, śpiewając jemu, to absolutnie nie! Nie krzywdzisz go a wręcz uczysz, że można za pomocą muzyki rozmawiać. Natomiast nie ograniczasz się wyłącznie do tego, że tylko ty śpiewasz. Podczas całego rozwoju muzycznego naszych dzieci nie jesteśmy jedynym ich źródłem dostarczania muzycznych bodźców. Dochodzą instrumenty, dochodzi muzyka, którą dziecku puszczamy, dochodzą inne dźwięki, które możemy sami wydobyć czy to z instrumentów, czy różnych powierzchni. Nastawiamy ich na twórczość oraz na bogaty materiał dźwiękowy, który do nich dochodzi. Żeby wiedziały jak brzmi harfa, jak brzmią dzwonki, jak brzmi bęben, jak brzmi kontrabas. Szukamy takich miejsc, czy to stacjonarnie podczas jakichś koncertów, czy to w Internecie.

Mamy bogatą bazę różnych fajnych miejsc w Internecie, takich muzycznych, z których możemy korzystać, żeby dziecku pokazywać muzyczny świat w różnych obliczach. Natomiast to, że rodzic śpiewa i to, że rodzic się komunikuje to jest też podstawa do tego, żeby myśleć muzyką. Oczywiście dostarczamy innych bodźców z innych źródeł, ale nasza relacja rodzic–dziecko, oparta jest na tym, że my właśnie ze sobą za pomocą dźwięków rozmawiamy. Na początku dziecku śpiewamy kołysanki, mówimy do niego, wygłupiamy się. To jak mówimy to też jest muzyka, bo używamy dźwięków różnej wysokości, czy to wysokich czy niskich. I potem dziecko odwdzięcza się. Zaczyna gaworzyć, wcześniej głużyć i ta komunikacja jest dwustronna. Dziecko, jak wydobywa z siebie dźwięki to one też nie są idealne w takim rozumieniu, że są spójne muzycznie, czyste czy uporządkowane. Absolutnie nie. To się dopiero rodzi z czasem, natomiast są idealne pod kątem relacji, że ta dwustronność jest tutaj naprawdę fajna, niezależenie od tego, czy mamy wiedzę i umiejętności muzyczne czy nie.

Ania: Disco polo zainspirowało mnie do kolejnego pytania, o tak zwaną wartościową muzykę dla dzieci. Czy wybór repertuaru, to jakie piosenki podsuwamy naszym dzieciom, ma znaczenie? Czasami szukamy rzeczywiście takich bardziej wartościowych piosenek lub z trudniejszą aranżacją, tak bym to nazwała, a nasze dzieci niestrudzenie chcą Gummy Bear czy „Tańczące kartofelki”. Czy w ogóle puszczać to dziecku, czy nie puszczać? Czy to nie skrzywi jego rozwoju muzycznego, jakiegoś gustu?

Martyna: Co rozumiemy poprzez „wartościową muzykę dla dzieci”? Czy to jest bogactwo harmoniczne, czy bogactwo brzmieniowe, czy bogactwo rytmiczne, czy melodyczne? Mamy różne elementy, które składają się na dzieło muzyczne, natomiast dzieci niestrudzenie łakną tych „Kartofelków” czy innych Baby Shark. Dlaczego? Najłatwiej jest zacząć od tego, żeby uświadomić sobie, że nie każde dziecko zrozumie muzykę klasyczną. Mam na myśli, chociażby Debussego, Sarasatego, Paderewskiego nie wspominając, chociaż to jest taki punkt wyjścia do sonoryzmu, czyli wydobywania dźwięków z różnych instrumentów, co jest właśnie domeną takich malutkich dzieci, bo od tego zaczynają. Tak samo nie wszystkie dzieci zrozumieją od początku „Pana Tadeusza”.

Agata: Ja nigdy nie zrozumiałam (śmiech).

Martyna: Właśnie o to chodzi, że możemy dziecku prezentować, pokazywać, ale nie liczmy na to, że dziecko od razu zareaguje entuzjastycznie. To co najbardziej dzieci przyswajają to jest rym i rytm, jeśli chodzi o słowa chociażby. Czyli jak mamy wierszyki rymowane to jest to dla nich przyjemne, proste i skuteczne. Chcą i domagają się tego. To jest fajne i świetne, ponieważ różne obszary rozwija, jak chociażby ćwiczenie pamięci, czy synchronizację półkul mózgowych ze sobą. Co jest takiego w tych piosenkach, że one chcą?

Proste struktury harmoniczne – tonika, subdominanta, dominanta – czyli takie najbardziej oczywiste dla nas i najbardziej przyswajalne, które nie wymagają dużego zaangażowania naszej głowy w przeżywanie. Są proste struktury rytmiczne, czyli na dwa i na trzy, prosta melodia, zazwyczaj durowa, czyli wesoła, która też jest łatwo przyswajalna. Kolejna rzecz to proste struktury brzmieniowe, czyli zazwyczaj wysokie częstotliwości.

Zauważcie, że w „Kartofelkach” głos osoby, która śpiewa jest sztucznie przekierowany wyżej. Dzieci, które zaczynają powoli mówić, chętnie słuchają tej muzyki, ponieważ jest ona wysoko, co łatwiej jest im później odtworzyć, ponieważ dzieci śpiewają w wysokich częstotliwościach.

Teraz analogia do jedzenia. Jak dziecku damy Kinder jajko, które ono już wie czym jest, wie z czym mu się kojarzy, czyli że to jest słodki smak – i położymy obok brokuły, kalafiora i marchewkę, a dziecko zna te smaki, to wybór jest oczywisty.

Dlatego warto zacząć umuzykalnienie dziecka – nie do końca lubię takie słowo, bo brzmi górnolotnie – ale warto zacząć od samego początku, od troszeczkę innego materiału muzycznego, niż właśnie „Kartofelki”, ponieważ później to dziecko będzie chciało tych „Kartofelków”, bo są łatwe, przyjemne, proste i nóżka sama do nich chodzi. Nie mówię, żeby zaczynać od razu od Debussego chociażby, ale muzyka Mozarta, którego osobiście nie lubię, ale – nie mam nic do gościa tak personalnie, ale przejadło mi się po akademii muzycznej, musiałam sobie zrobić detoks, który trwa w zasadzie do dzisiaj – czy muzyka Vivaldiego czy muzyka Bacha…

Agata: Bacha polecam.

Martyna: To są też łatwo przyswajalne struktury, ponieważ zaczynamy od tego od czego muzyka startowała troszeczkę. Co więcej, jest masa badań naukowych, które mówią o konkretnym rytmie, o tempie utworu, czyli o jego agogice, w której dziecko funkcjonuje, czyli w rytmie sześćdziesięciu uderzeń organizm się spokojnie przystosowuje do tego i zaczyna się wyciszać, ponieważ rytm sześćdziesiąt jest zbliżony do rytmu serca dziecka. Zacząć od tego, bo potem jest nam łatwiej wprowadzać kolejne etapy muzyki, nie bacząc na to, że dziecko chce słuchać tylko jedną piosenkę. Aczkolwiek, tutaj jest też pułapka, ponieważ dziecko może chcieć słuchać jedną i tę samą piosenkę, i to jest zupełnie innych temat. Wynika to z powtarzalności. Dziecko uczy się poprzez powtarzanie i tutaj już nic nie poradzimy. Natomiast łatwiej jest nam później wzbogacać ten materiał muzyczny, dorosnąć do pewnych rzeczy.

Ania:. To jaka muzyka, chodzi o linię melodyczną w tym momencie, nie jest odpowiednia dla dzieci?

Martyna: Każdy musi podejść do swojego dziecka indywidualnie. Jeżeli są jakieś brzmienia ciężkie, tutaj ciężkie to jest sprawa osobista, osobistych doświadczeń co znaczy ciężkie. Jest muzyka…

Agata: …Znaczy lękowe?

Martyna: Na przykład. Najlepszym lustrem na to, jak zbadać, czy dana muzyka nie jest dla dziecka odpowiednia, jest to, czy my się przy niej męczymy, czy nie. Typowa muzyka dla dzieci w stylu umce, umce, jak posłuchamy jednej piosenki przez minutę, dwie, trzy. Czy nas męczy czy nie. Większość rodziców mówi, że zaczyna na pewnym etapie męczyć i już mają dosyć. Jeżeli jest muzyka, która wzbudza w nas tak jak Agata mówiłaś – jakieś emocje typu lęki, niepokój, albo jest zbyt głośna, to musimy się zastanowić, czy ona faktycznie, w danym momencie, jest dla naszego dziecka odpowiednia.

Bywają rodzice, którzy puszczają swoim maluchom ciężkie gitarowe brzmienia czy perkusyjne noworodkom. Pytanie, jak noworodek na to zareaguje. Instynktownie podchodzimy do takiego maluszka po cichu, delikatnie, niekoniecznie bombardujemy bodźcami. Ale już taki pięciolatek może się z tym czuć OK. Myślę, że tutaj wszystko w swoim czasie, więc musimy podejść do sprawy bardzo indywidualnie i patrzeć na reakcję dziecka.

Agata: Martyno, to jeszcze szybkie pytania od publiczności: Muzyka w tle innych aktywności, czy to jest OK, czy nie (jak jest w telewizor w tle, to tego się nie zaleca)? A jak to jest w przypadku muzyki? Czy coś wiesz na ten temat?

Martyna: To wszystko zależy od tego jakie mamy cele w puszczaniu muzyki dzieciom. Jest wiele badań, które mówią o tym, że muzyka puszczana w tle, pomaga chociażby w nauce. Jestem osobą, która nie lubi słuchać muzyki, jeśli się uczę, ponieważ za bardzo się skupiam na tej warstwie muzycznej. To wynika z mojego wykształcenia muzycznego. Podchodzę do muzyki bardziej tak analizatorsko – nie wiem, czy istnieje takie słowo. Analizuję ją. Dzieje się to troszeczeczkę poza mną. Męczę się, słuchając muzyki podczas nauki.

Jeżeli chodzi o muzykę podczas zabawy, wydaje mi się, że jak najbardziej, ale taką muzykę, która nie przeszkodzi dziecku w zabawie. Jeżeli dziecko wchodzi chociażby w stan polaryzacji uwagi i odcina się od wszystkiego, to taka muzyka mu nie będzie przeszkadzać. Natomiast musimy obserwować czy muzyka w tle nie spowoduje, że dziecko bardziej się skupi na muzyce niż na jakieś innej czynności. Musimy to odnieść do naszego codziennego życia. Są rodziny, w których puszczanie muzyki chociażby przy śniadaniu, kolacji, czy obiedzie nie spowoduje tego, że dziecko wstanie od stołu i zacznie tańczyć, zamiast jeść, a są rodziny, u których właśnie tak się dzieje. Musimy podejść indywidualnie do własnych rodzin, jak to się sprawdza.

Agata: Drugie pytanie od publiczności: Czy da się rozpoznać, że dziecko ma jakieś predyspozycje muzyczne? Wiesz, jesteśmy rodziną, w której muzyka istnieje na takim poziomie radia, ale mamy dziecko, które może być wybitne, może być geniuszem. Czy są jakieś objawy, po których możemy wiedzieć, że może powinniśmy z dzieckiem do kogoś pójść, żeby nam sprawdził, czy nie posłać go do szkoły muzycznej, albo na taniec? Czy jest coś takiego na co powinniśmy się wyczulić przy dzieciach i muzyce, żeby wyłapać ich zdolności?

Martyna: Wyjdę od teorii, że każde dziecko rodzi się geniuszem muzycznym. Startujemy z pewnego pułapu, który jest w pewien sposób definiowany genami, ale nie jest to dominujący przekaz. Dziecko, które się rodzi, możemy założyć, że już teraz jest geniuszem muzycznym. Pytanie, jak te predyspozycje w sobie rozwinie? Nie musimy robić nie wiadomo czego, żeby to dziecko tym geniuszem muzycznym pozostało.

Natomiast wiem do czego zmierzasz – jakieś wzmożone zainteresowanie chociażby konkretnym instrumentem, czy wzmożone zainteresowanie wyrażaniem muzyki poprzez kwestię ruchu czy chociażby poprzez taniec, czy ciągłe śpiewanie itd. Tutaj musimy zaufać sobie, że jako rodzice jesteśmy w stanie postawić najlepszą diagnozę, jeśli chodzi o kierunek artystyczny naszego dziecka, oczywiście słuchając jego potrzeb i starać się je zauważać. Jeśli dziecko bardzo lubi rytmiczne utwory, jeżeli angażuje swoje ciało do tego, żeby za pomocą rytmu wyrazić swoje emocje, to możemy się zastanowić, czy nie iść w stronę instrumentu, którym jest perkusja, czy generalnie instrumenty perkusyjne.

Jeżeli dziecko lubi śpiewać, to możemy pomyśleć o rozwoju wokalnym, aczkolwiek każde dziecko, albo większość dzieci, lubi wyrażać muzykę za pomocą swojego głosu, ponieważ tak się komunikuje. Jeżeli dziecko jest ruchliwe, bo każde dziecko ma inne potrzeby ruchu na różnym poziomie, to możemy zaspokoić tę potrzebę poprzez taniec. Tutaj jest duża swoboda. Musimy zaufać swojemu instynktowi. Jeśli czujemy potrzebę, aby przypadek naszego dziecka skonsultować z jakimś specjalistą w danej dziedzinie muzycznej, czy to z osobą, która jest instruktorem tańca, czy jest osobą, która uczy gry na instrumencie i zapytać się, co ona o tym myśli. Czy ten mały człowiek powinien iść w tę stronę, czy nie powinien? A jeśli iść to w jaki sposób, na jaki instrument? W ten sposób możemy budować poczucie naszego spokoju, że robimy z naszym dzieckiem to, czego ono akurat potrzebuje.

Agata: Teraz jest trudne zagadnienie – chodzi o przebodźcowanego rodzica, który ma silną nadwrażliwość na dźwięki, a chciałby, żeby jego dziecko mogło mieć muzykę blisko siebie. Jak rozmawiałam z tą osobą, to widziałam, że jest taka trudność, że z jednej strony dostrzega dużą wartość dawania dziecku muzyki, ale z drugiej strony sama nie potrafi, bo dla niej jest to za dużo. Czy masz jakiś pomysł, jak dać dziecku muzykę, samemu minimalizując kontakt z dźwiękami?

Martyna: Jak najbardziej. Byłam troszeczkę taką osobą przebodźcowaną dźwiękowo w ogólnym zarysie. Będąc w ciąży, gdy skończyłam dopiero co studia muzyczne, czułam ogromną potrzebę wyciszenia się, odejścia od słuchania muzyki non stop, minimalizowania wykonywania muzyki.

Jeśli jest osoba, która męczy się słuchając muzyki czy wykonując muzykę, musi sobie zdać sprawę, że muzyka nie jest tylko w takich uporządkowanych treściach, czyli w utworach muzycznych, czy to klasycznych, czy to rozrywkowych. Nie jest związana tylko z wykonywaniem muzyki na konkretnych instrumentach. Muzyka to są różne dźwięki występujące dookoła nas. Nie jesteśmy w stanie odciąć się od dźwięków zupełnie, nie jesteśmy w stanie żyć w totalnej ciszy.

Jeśli chcemy umuzykalniać dziecko, to robimy to w codzienności. Jeśli gotujemy wodę na herbatę to czajnik, w którym woda się gotuje, wydaje jakiś dźwięk. Jeżeli idziemy na spacer po mieście, to przejeżdżający samochód czy ptak, który usiadł akurat na drzewie, czy motor, czy ciężarówka, one wydają dźwięki zupełnie inne od siebie.

Możemy zwracać dziecku na to uwagę, jeżeli dziecko jest starsze niż okres niemowlęcy. Jeżeli jest to niemowlak, to wystarczy komunikacja z głosem mamy. Nie musimy śpiewać, bo nawet jak do dziecka mówimy to używamy wysokich i niskich tonów. Czasami się zachwycamy nad nim i mówimy: „Ojejej, jaki ty jesteś kochany”, a czasami mówimy do niego tak jak na co dzień. To jest niezależne od nas, bo przekazujemy w ten sposób swoje emocje. To już jest naprawdę bardzo dużo.

Jeżeli mama czuje taką potrzebę, żeby zrobić coś więcej, to wszystko zależy na jakim etapie mama się męczy, czy przy słuchaniu w tle utworu muzyki klasycznej, takiego jaki jej odpowiada, to jest już za dużo, czy akurat to jeszcze przejdzie.

Taka uniwersalna rada dla wszystkich osób, które się czują zmęczone dźwiękami, tak jak się czułam będąc w ciąży i na początkowych etapach mojego macierzyństwa: wystarczy mieć świadomość, że muzyka to są dźwięki wokół nas i one są w jakiś sposób przez nas uporządkowane. To znaczy, że zdajemy sobie sprawę z tego, że te dźwięki nas otaczają, uporządkujemy je sobie w głowie, to znaczy, że to już jest muzyka. Także naprawdę nie trzeba tutaj bardzo wiele. Nie wiem czy odpowiedź jest satysfakcjonująca.

Agata: Wiesz co, mnie satysfakcjonuje. I prawdę powiedziawszy tą odpowiedzią zrobimy taką ładną klamrę zamykającą ten temat. Na początku bardzo dużo było o muzyce w codzienności, a teraz zrobiłaś przepiękne podsumowanie, znowu wracając do tej codzienności. Powiedz co będziesz chciała powiedzieć, a potem poproszę Cię o informacje, gdzie można Cię znaleźć w sieci.

Martyna: Tylko tak dwoma zdaniami chciałabym podsumować to wszystko i powiedzieć rodzicom, żeby zdjęli z siebie poczucie obowiązku, że muszą, a z drugiej strony wyrzuty sumienia, że nie są w tym idealni. Ponieważ są naprawdę wystarczający. Wiadomo, że trzeba szukać różnych dróg muzyki, dostarczać różnych treści, ale to co jako rodzice mamy w sobie, to jest dla dzieci bardzo dużo. Bądźmy w tym wszystkim pewni siebie.

Agata: Gdzie Cię można znaleźć w sieci?

Martyna: Aktualnie najbardziej aktywna jestem na Instagramie pod nazwą @dom_pelen_dzwiekow. Tam jestem w zasadzie na co dzień. Można mnie znaleźć czy na InstaStory, czy w postach, gdzie dzielę się domowymi inspiracjami do tego jak dzieci umuzykalniać w domu. To są zazwyczaj proste zabawy, które każdy z nas może przenieść na swój rodzinny grunt. Można mnie znaleźć również na Facebooku. Tam również jestem pod tą nazwą. Również ruszy wkrótce, w nowej odsłonie, moja strona internetowa, gdzie będę tworzyć treści na bloga. Nie wiem, kiedy mnie słuchacie, ale strona będzie działać pod nazwą www.dompelendzwiekow.pl.

Agata: Zapraszamy. Dziękuję Ci bardzo. Dziękuję, bo Ania musiała już niestety odejść, ale dokleimy od niej jakieś „Cześć”.

Martyna: Bardzo dziękuję za rozmowę. Czuję naprawdę ogromną przyjemność, że mogłam dzisiaj z Wami porozmawiać.

Agata: Do usłyszenia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top